Ambasador ALE - Active Life Energy

Ambasador ALE - Active Life Energy
Dla moich czytelników rabat 20% na zakupy w sklepie internetowym alenergy.eu. Żele, batony, odżywki i inne. Kliknij w zdjęcie po więcej informacji

Szukaj na blogu

lipca 31, 2017

Pogoń za Wilkiem 2017

Pogoń za Wilkiem 2017
Każdy z pewnością ma swój ulubiony bieg. Moim „Number One” jest zdecydowanie Pogoń za Wilkiem. I choć startuję tam dopiero od trzeciej edycji, to już wtedy zdążyłam zakochać się na dobre.
Od 2015 roku więc Pogoń za Wilkiem jest dla mnie długo wyczekiwanym startem, tym bardziej że latem ograniczam udział w zawodach do minimum.



Piękne okolice Wielkopolskiego Parku Narodowego, wymagająca trailowa trasa i bezapelacyjnie najlepsza organizacja wśród wszystkich imprez w jakich miałam okazję brać udział – to krótka, ale treściwa wizytówka.

Organizatorzy co roku dodają nowy element urozmaicający. W tym roku dodatkowo obok psiaków startujących z opiekunami podziwiać mogliśmy Wilczaka czechosłowackiego z grupy Psarvard. Jak przystało na Pogoń za Wilkiem – wataha miała swojego przedstawiciela.

W tym roku nowością było także włączenie w grupę Wolontariuszy dzieci z Domu Dziecka w Bninie. To szczególny gest, gdyż Organizatorzy w ramach „Drużyny Wilka” aktywnie włączają się w pomoc poprzez organizowanie weekendowych spotkań rekreacyjnych  w Bninie.
W gronie Wolontariuszy spotkać też mogliśmy Harcerzy z ZHP Luboń Lasek oraz moich znajomych z grupy Świerczewo Run.
W tym miejscu należą się podziękowania dla licznej grupy Wolontariuszy – w biurze zawodów, na trasie czy mecie. Bez tej tytanicznej pracy nie byłoby mowy o tak idealnej organizacji.
Dziękujemy!

Przełajowa dziesięciokilometrowa prowadzi przez Wielkopolski Park Narodowy, jednak co roku wytyczona jest nowymi ścieżkami, jedynie start i meta pozostają bez zmian. W tym roku oprócz kilku konkretnych podbiegów mieliśmy do czynienia z błotem na początkowych fragmentach trasy. Ja osobiście zaliczyłam piękne zatopienie lewej nogi, na szczęście obyło się bez upadku J

Fot. Daniel Musiał

Fot. Krzysztof Hernik

Fot. Krzysztof Hernik

Fot. Daniel Musiał


Pakiet startowy

W pakiecie startowym znaleźliśmy piękną koszulkę techniczną, numer z chipem oraz pakiet słodyczy – batona dedykowanego biegowi (RawSunBite), wafle (Good Food) oraz ciastko orkiszowe (Piekarnia Sarnowska). Całość zapakowana w specjalną torbę materiałową z logiem biegu.
Na mecie czekał za to na nas medal, wodna mgiełka schładzająca, woda w butelkach oraz pyszny zimny arbuz. W dalszej części mogliśmy wypić kawę lub herbatę, a do tego zjeść pyszne ciasto drożdżowe z Cukierni Rawa oraz spróbować chleba z miodem.


Strefy startu i biura zawodów

Oprócz biegu głównego (10km) odbył się też bieg z psem, liczne biegi dzieci oraz pokazy w Osadzie Wilka – między innymi psich zaprzęgów Klubu Wahata Północy. Obok też swoje stoisko miał Skład Karmy, Psarvard. Wszystko mieściło się obok stacji ekologicznej UAM.

W strefie biura zawodów znajdowały się namioty Lasów Państwowych (i ich licznych pamiątek), GOSiR Komorniki, Fundacji „Głosem Zwierząt” czy EnelMedu gdzie każdy mógł skorzystać z masażu przed lub po biegu.
Namiot depozytowy pomieścić mógł zarówno nasze torby jak i rowery, bo część z biegaczy postawiła na aktywny dojazd na zawody (w tym także i jaJ).

Obok trasy biegów dziecięcych znaleźć mogliśmy Miasteczko Młodego Sportowca Exactus, gdzie najmłodsi mogli aktywnie spędzić czas.

Dekoracja przebiegła całkiem sprawnie (nie licząc jednego malutkiego potknięcia przy kategorii M16 J), a nagrody ufundowali: Świat Biegacza, MaragoFit oraz sklep Metka Deluxe.


Fot. Kuba Troszczyński

Fot. Kuba Troszczyński

Mój start

Ostatni rok w kategorii K16-24 chciałam uczcić wygraną. Zależało mi więc na czwartej lokacie wśród kobiet i pierwszej w wiekowej. Wiedziałam, że pozycja ta jest realna, a ja muszę tylko stanąć w pierwszej linii by od początku zorientować się w lokatach.
Po wystrzale startera ruszyłam razem w gronie kobiecej czołówki, jednak Agnieszka Kuster już po kilkudziesięciu sekundach zaczęła wypracowywać sobie przewagę. Pierwsze dwa - trzy kilometry trzymałam trzecią pozycję wśród kobiet. Pozwoliłam sobie wtenczas obejrzeć do tyłu dla większej orientacji naszej stawki. Tuż za moimi plecami spostrzegłam Patrycję Kołecką, która długo się nie zastanawiając minęła mnie i tak oto spadłam na czwartą lokatę. W tym momencie pozostawało już tylko utrzymanie pozycji do mety. Na moje szczęście nikt nie deptał mi po piętach, dlatego tempo zredukowałam do komfortowego i tak zmierzałam ku mecie. To pozwoliło także na spokojne pokonywanie podbiegów, a te szczególnie dawały się we znaki na ostatnich trzech kilometrach trasy.
Lekkie zatopienie błotne na pierwszym kilometrze było jedynym epizodem, reszta trasy, pomimo że była wymagająca, została pokonana bez przygód.
Jednak nawet w tym tempie na mecie czułam zmęczenie i trudy końcowych wspinaczek.

Na mecie zameldowałam się z czasem 49:26 jako czwarta kobieta. Cel na bieg został zatem osiągnięty tak, jak to zaplanowałam, co bardzo mnie cieszy.
W nagrodę oprócz pięknego pucharu otrzymałam także bon do sklepu Metka Deluxe.

Skład podium K16-24:
1. Maria Wengierek
2. Martyna Staśkiewicz
3. Anna Walaszczyk

Fot. Kuba Troszczyński Fotografia

Porównanie moich trzech edycji PzW:




Rodzinna atmosfera, mnóstwo atrakcji, kameralny klimat i idealna organizacja. Tak widzę Pogoń za Wilkiem i z pewnością wrócę do Jezior za rok!

lipca 27, 2017

Rozgrzewka

Rozgrzewka
Od momentu kiedy zaczęłam rekreacyjnie biegać, a następnie startować w zawodach, obserwuję ludzi którzy otaczają mnie podczas imprez sportowych. Przyglądam się zarówno elicie jak i amatorom takim jak ja. Jak się zachowują przed startem, co robią za linią mety, co jedzą i piją.
Szczególną uwagę kieruję na typowe zachowania sportowców i ich przyzwyczajenia.
Chcąc ciągle poprawiać swoje wyniki obieram za wzór konkretne biegowe osobistości i „podglądając” wprowadzam zmiany we własnym treningu.
Pamiętam, że moje pierwsze startowe kroki były naprawdę bardzo amatorskie. Na przykład do pierwszego startu w ogóle się nie przygotowałam… a później umierałam na trasie. Nic dziwnego.
Także głupio wspominam fakt, iż nie rozgrzewałam się przed wystartowaniem. Do teraz pamiętam, jakie wtedy miałam myśli: „jejku, 10 kilometrów przede mną, jak mam się jeszcze 2-3 kilometry rozgrzewać to nie dam rady przebiec reszty”.
Domyślam się więc, że i teraz jest wiele osób z myśleniem takim, jak moje ówczesne.

Aktualnie jednak uważam to za jeden z grzechów głównych biegaczy.

Notorycznie obserwuję przypadłość pod tytułem „na miejsca, gotowi, start!”. Aby ten start był udany, całość MUSI być poprzedzona rozgrzewką, tak zwanym warm-up.
Ludzie, szczególnie w okresie letnim, do ostatniej chwili czekają na wejście do stref startowych i wyruszenie na trasę. Nie wykonują żadnej rozgrzewki, nawet kilkuminutowego truchtu. Niestety bez wstępnego przygotowania organizmu do mocnego wysiłku nie będzie nam dane biegać komfortowo i co najważniejsze zdrowo.

Rozgrzewka podczas Biegu Zamoyskiego, Kórnik 2017
Fot. Darek Król

Dlaczego nie warto obawiać się rozgrzewki?

Sama przeszłam przez etap – „nie rozgrzewam się, bo nie dam rady przebiec dystansu głównego”. Jeżeli ktoś debiutuje na 5 kilometrów, a wykonać ma dodatkowo około dwukilometrową rozgrzewkę to naprawdę może przerażać.
Jednak nie ma się czym stresować.

Po pierwsze, rozgrzewka z zasady jest lekka. Ma to być aktywność fizyczna o bardzo niskiej intensywności. Przekładając to na tętno – rozgrzewka oscyluje w granicach 90-110 uderzeń na minutę. Jest to około 50-60% naszego HRmax, dlatego nie będzie ona obciążająca dla serca czy mięśni.
Ewentualnie na koniec rozgrzewki wprowadzić można kilka mocnych akcentów (50-100m sprintu w kilku powtórzeniach).

Po drugie i najważniejsze  - przygotowanie organizmu. To podstawowa rola rozgrzewki, która umożliwia wykorzystanie naszego potencjału w 100%.
Z fizjologicznego punktu widzenia rozgrzewka ma za zadanie:
- podnieść temperaturę ciała o 1-2*C
- przyspieszyć i polepszyć krążenie
- torować drogi nerwowe pomiędzy mózgiem a mięśniami
- poprawić ukrwienie mózgu oraz mięśni szkieletowych
- mobilizować funkcje oddychania
- wyłączyć odruchy trzewne (trawienie, wydalanie) na rzecz usprawnienia pracy mięśni
- poprzez zwiększoną temperaturę aktywację enzymów biorących udział w reakcjach energetycznych
- zwiększyć elastyczność mięśni i ścięgien
- przygotować stawy do wzmożonej pracy (tarcia)

Brak rozgrzewki zwiększa ryzyko kontuzji. Powoduje także, że nie jesteśmy w stanie dać z siebie wszystkiego, a początkowe kilometry są nadzwyczaj trudne.


Jak wygląda moja rozgrzewka?

Aktualnie nie wyobrażam sobie startu lub mocnego treningu bez rozgrzewki.
Staram się zawsze wykonać minimum przygotowania do wysiłku w zależności od tego jaki mnie czeka.



Powyższa tabelka jest poglądowym obrazem mojego przygotowania.
Nie praktykuję rozciągania jako rozgrzewki, niemniej można ją stosować. Należy wtedy pamiętać o jej niskiej intensywności i krótkim czasie – jako lekkie „dociąganie mięśni”, a nie 20-minutowe rozciąganie ich na siłę.

Zawsze należy pamiętać o tym, aby rozgrzewkę dobierać do aktualnych warunków pogodowych, typu zawodów (inna dla maratończyka, inna dla sprintera).

Jeżeli ktoś obawia się rozgrzewki i tego, że nie podoła dystansowi zawodów, zawsze może wykonać minimum przygotowania – ogólnorozwojowe ćwiczenia statyczne, które wstępnie przygotują mięśnie i stawy. Są to wszelkiego rodzaju krążenia stawów i lekkie ruchy kończyn oraz tułowia, można wykonać je także w marszu.

Pamiętajmy także o tym, aby rozgrzewać także obręcz górną – ręce, barki, klatkę piersiową. W bieganiu aktywizujemy całe ciało, nie tylko nogi, dlatego rozgrzewka powinna objąć całe ciało.


Forma pasywna rozgrzewki

Jest to alternatywa dla formy aktywnej. Polega na dostarczeniu ciepła do organizmu za pomocą różnych metod fizykalnych, jak na przykład masażu, ciepłych okładów, pobudzających prądów (np. przenośny Compex).
Nie należy jednak mylić smarowania się rozgrzewającym Bengay’em z prawdziwą aktywacją mięśni…J Szczególnie nie polecam w upalne dni!
Maść może być stosowana jako wspomaganie podczas startów jesienno-zimowych


Literatura:
1. "Sportowo-lekarska profilaktyka zmian przeciążeniowych narządu ruchu u sportowców" – W. Gawroński
 2. "Biblia treningu kolarza górskiego" – J. Ariel

3. "Teoria treningu sportowego" - S. Sozański

lipca 23, 2017

Chlebek bananowo-kokosowy

Chlebek bananowo-kokosowy


Przyszedł czas na zamieszczenie na blogu mojego pierwszego autorskiego przepisu!

Smutne banany, które już całkiem przejrzałe spoglądały z talerzyka, wylądowały z innymi pysznymi składnikami w jednej misce i tak oto powstał chlebek bananowo-kokosowy.
Prosty, no i chyba FIT :P

Składniki na formę (keksówkę) o wymiarach 10 x 20 cm:
- 100g cukru trzcinowego
- 75g oleju kokosowego
- 2 banany
- 60g mąki kokosowej
- 60g mąki pszennej 550
- 50g mąki żytniej razowej 2000
- 1 łyżeczka sody oczyszczonej
- 1 jajko
- szczypta soli himalajskiej
Opcjonalnie:
- 40g wiórków kokosowych
- 30g rodzynek (garść)
- łyżeczka cukru waniliowego LUB łyżeczka przypraw korzennych

Zamienniki:
- olej kokosowy - na masło (ta sama ilość)
- mieszanka mąk - na mąkę pszenną (1,5 szklanki)
- sól i cukier - według uznania (ta sama ilość)
W okresie letnim warto wykorzystać owoce sezonowe - zamiast wiórków kokosowych i rodzynek poleciłabym dodanie świeżych jagód (ok. 3/4 szklanki). 









 1. Suche składniki mieszamy w misce. Mąkę pszenną można przesiać, jednak i tak nie uda się tego zrobić z dwoma pozostałymi, dlatego jest to zbędne.
Do suchych składników wrzucamy także wiórki kokosowe oraz rodzynki.
W przepisie nie wykorzystałam ani cukru waniliowego, ani przypraw korzennych.


2. Do drugiej miski wrzucamy olej kokosowy (ja go nie rozpuszczałam, ale był miękki - w temperaturze pokojowej). Do oleju dokładamy banany i całość ucieramy widelcem lub drewnianą łyżką. Po uzyskaniu w miarę gładkiej masy wbijamy jajko i całość mieszamy. 





3. Do bananów z olejem i jajkiem wsypujemy suche składniki i dokładnie łączymy w jednolitą masę. Jeżeli masa jest za sucha (sypie się mąka i składniki nie połączyły się) można dodać odrobinę wody/mleka.



4. Gotową masę przekładamy do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia.




5. Ja swój chlebek piekłam modulując ustawieniami piekarnika (bez termoobiegu):
 - 20 min w temp. 160˚
- 20 min w temp. 175˚
- 20 min w temp. 130˚


Po wyciągnięciu chlebek zostawiamy do ostygnięcia. 
Chlebek jest wilgotny oraz optymalnie słodki (ja zredukowałam ilość cukru do 100g), dlatego można dołączyć do chlebka dodatki. Podać można go z sosem jagodowym, kulką lodów czekoladowych lub na sucho do słodkiej kawy.
Jest idealną formą zarówno deseru jak i przekąski do pracy.

Smacznego! :)


lipca 16, 2017

II Bieg Zamoyskiego

II Bieg Zamoyskiego
Fot. Robert Budziak
Słoneczny dzień, bezchmurne niebo. Idealna lipcowa niedziela - taka, by spędzić ją na przykład nad jeziorem.
Co jednak robi spora garść ludzi? Postanawia prażyć się na asfalcie w trakcie dziesięciokilometrowego biegu w Kórniku.

Druga edycja Biegu Zamoyskiego odbyła się 16.07.2017. Teoretycznie nie jest to pora na szybkie bieganie, jednak jak zauważyłam wielu ustanowiło dziś swoje rekordy życiowe na atestowanej trasie. Wyniki też mówią same za siebie – 31 minut wśród mężczyzn (Krzysztof Szymanowski) i 37 minut u kobiet (Patrycja Talar) to piękne czasy jak na iście wakacyjną pogodę.

Start biegu zaplanowany był na 9:00 – idealna pora by choć jeszcze trochę uciec przed największymi upałami. Wielki plus dla organizatora za takie posunięcie.

Pakiety startowe odbierać mogliśmy do godziny 8:00, jednak zauważyłam, że co po niektórzy spóźnialscy mogli jeszcze pobrać numer startowy kilka minut po czasie. Niestety wypadki losowe się zdarzają, dlatego fajnie iż biuro zawodów jest w tym temacie elastyczne.



Tuż przed startem w cieniu było jeszcze rześko, dlatego można było ze spokojem się rozgrzać. Niestety wyjście na pełne słońce okazywało się już dość wymagające – pomimo wczesnej godziny temperatura dawała się już we znaki.
Ja niestety zapomniałam mojej czapki, czego później trochę żałowałam, na szczęście duża część trasy była zacieniona. Dodatkowo były dwa punkty z wodą – zarówno w kubeczkach jak i butelkach z dzióbkiem, oraz mgiełka wodna ustawiona przez strażaków. Super sprawa!

Trasa nie była bardzo wymagająca – pomimo lekkiego falowania profilu trasy i wielu zakrętów biegło się ją szybko. Najbardziej podobał mi się odcinek 7-8 kilometra trasy, który prowadził przez promenadę im. Wisławy Szymborskiej. Piękne widoki Jeziora Kórnickiego i zacienienie drzewami przyspieszały mijanie tych ostatnich metrów.

Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ilość fotografów rozlokowanych na trasie  – myślę, że było ich około 15! Część zdjęć była już dostępna kilka godzin po zawodach, kolejne będą spływać w przyszłym tygodniu.
Zdjęcia to świetna pamiątka, a jak mamy do wyboru wielu fotografów istnieje szansa, że na którymś kadrze wyjdziemy korzystnie (przynajmniej ja, bo jestem niefotogeniczna w biegu :D).

Za linią mety czekały na nas pakiety regenerujące (woda, izotonik, wafelek, ręcznik) oraz makaron, do wyboru boloński lub wegetariański.
Dodatkowo można było przejść się nad jezioro i skorzystać z naturalnej krioterapii – zanurzyć cała się nie zdołałam, bo woda była dość zimna, a dodatkowo swoim kolorem nie zachęcała do kąpieli :D



Dekoracja rozpoczęła się punktualnie o 11:00 i była przeprowadzona bardzo sprawnie.
Ja z czasem 42:42 i fajnym finiszem na ostatnich metrach uplasowałam się na drugim miejscu K20 i siódmym miejscu open kobiet.
Przeanalizowałam wyniki i co ciekawe – do 38 miejsca open kobiet (czas 50:41) byłam najmłodszą zawodniczką.



Założenie na ten bieg miałam konkretne, o czym pisałam na Instagramie i Facebooku – chciałam biec od początku spokojnie, nie porywając się z tłumem, i biec swoje stopniowo przyspieszając.
Umówiłam się ze znajomym, że biegniemy razem. By nie wyruszyć z impetem ustawiliśmy się w połowie stawki przed linią startu.
Tak jak planowaliśmy cały bieg pokonaliśmy wspólnie na zmianę się prowadząc.
Był to świetny trening głowy – nie dość, że całą trasę kontrolowałam samopoczucie i tempo, to z każdym kolejnym kilometrem wyprzedzałam coraz większą ilość zawodników i zawodniczek. Takie coś też buduje psychicznie, dlatego warto czasem stanąć trochę dalej i nie dać ponieść się emocjom.

Ostatecznie bieg zaliczam do bardzo udanych!
Wynik jest świetny – od miesiąca nie robiłam żadnych szybkościowych treningów, jestem po 1,5 tygodnia roztrenowania i tygodniu spędzonym w górach.

Przyspieszać mam w planach dopiero na wrzesień – startem głównym są Mistrzostwa Polski Fizjoterapeutów na Biegu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. 

Wyniki biegu: http://plus-timing.pl/doc-pt/wynikipdf/2017-07-16-BiegZamoyskiego/wyniki_open.pdf



Fot. Robert Budziak




lipca 12, 2017

Anafilaksja, czyli moja historia alergii i biegania

Anafilaksja, czyli moja historia alergii i biegania

Kiedy bieganie może stanowić poważne zagrożenie dla naszego zdrowia i życia?
Przykładem takiej sytuacji jest moja nieszczęsna dolegliwość – FDEIA.

FDEIA to z angielskiego food-dependent exercise-induced anaphylaxis, czyli anafilaksja zależna od posiłku indukowana wysiłkiem. Najprościej zaś rzecz ujmując to alergia pokarmowa, która objawia się tylko po wysiłku fizycznym.

Aby przybliżyć moją historię cofnijmy się w czasie.

Rok 2015. Piękny majowy dzień, słoneczna pogoda, idealna na obiad na tarasie. Jako fanka owoców morza przygotowałam sobie jedną z ulubionych potraw – spaghetti z krewetkami na maśle z czosnkiem i pietruszką. Niebo w gębie!
Po zjedzeniu odpoczęłam chwilę i po jakimś czasie zaczęłam szykować się na trening. Wyciągam z szafy ubrania i w ręce wpada mi nowa koszulka którą dostałam od siostry, więc czym prędzej zakładam ją na siebie i z dumą wychodzę biegać.
Dzień był jednak dość duszny, a mi biegło się mało swobodnie. Niestety, nagle na trzecim kilometrze zaczęła mnie swędzieć… głowa. Głowa, dłonie, szyja. Zaczęłam się drapać jak oszalała, świąd był nie do wytrzymania. Po kilku sekundach poczułam, że swędzą mnie… stopy. Jak idiotka usiadłam na przystanku autobusowym, ściągnęłam buty, skarpetki i zaczęłam drapać się po stopach. Nie chcę wiedzieć co myśleli mijający mnie ludzie, bo musiało to wyglądać komicznie i tragicznie zarazem.
Zaczynało mi się robić słabo, drapało mnie w gardle, poczułam że skóra na twarzy robi się szorstka, a na kończynach wyszły czerwone bąble. Szybko wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do znajomych by podjechali po mnie samochodem – nie byłam w stanie kontynuować truchtu, a sam marsz był nie lada wyczynem. Do domu miałam na szczęście niecały kilometr, dlatego zaczęłam zmierzać w tym kierunku. Powolny marsz w takim stanie okupiony paniką trwał w nieskończoność.
W domowej apteczce nie miałam nic przeciwalergicznego, na szczęście kolega pojechał szybko do apteki i przywiózł mi wapno. Niestety przyjęcie końskiej dawki nic nie pomogło, a mój stan się pogarszał. Czułam powoli jak zaciska mi się gardło, na pewno panika też robiła swoje, jednak nie mogłam się uspokoić.
Widząc, jak w miejscu wszystkich odsłoniętych naczyń krwionośnych (szyja, pachy, łokcie, pachwiny, zgięcia kolan, stopy, nadgarstki) pojawiają się bardziej rozległe plamy i bąble uczuleniowe podjęliśmy decyzję o wezwaniu karetki. Leżąc tak i obserwując pogarszający się stan nie było innej opcji…

Nie wiem ile czasu minęło zanim karetka przyjechała, jednak był to jedyny słuszny ratunek dla mojej osoby.
Dostałam klasycznego wstrząsu anafilaktycznego w bardzo ciężkim przebiegu włącznie ze spadkiem ciśnienia tętniczego, przyspieszoną akcją serca, dusznościami, zawrotami głowy i tym podobne.
Dożylnie podano mi hydrokortyzon, a z wywiadu wstępnie określono, że przyczyną może być nowa koszulka i jakiś skład materiału, który mógł mnie uczulić. Powiedziałam przecież ratownikom, że co prawda jadłam krewetki, ale jadam je od dawna i nigdy nic się nie stało.

Po tej okropnej przygodzie minęło kilka dni zanim odpoczęłam i miałam ochotę znowu pójść pobiegać.

Nie pamiętam już kiedy wydarzyła się druga analogiczna sytuacja.
Najpierw pyszny obiad z krewetkami, później trening.
Po kilku kilometrach ledwo doczłapałam się do domu, swędziało mnie całe ciało, było mi duszno i znowu dostałam ataku paniki.
Dodatkowo niemiłosiernie bolał mnie brzuch…
Wchodząc do domu od razu pobiegłam do łazienki, tam prawie mdlałam i nie mogłam utrzymać się na nogach. Mama widząc mnie w tym stanie chwyciła tylko za telefon i zawołała karetkę. Dobrze, że ta znowu przyjechała na czas.
Ściskało mnie gardło, na całym ciele miałam wybroczyny, krzyczałam bo ból podbrzusza nie przechodził, a mi było coraz bardziej słabo i coraz gorzej oddychałam.
Trzy wkłucia hydrokotyzonu, dożylnie także no-spa, bo skręcałam się jak dżdżownica leżąc na kanapie.
Rozmawiałam z ratownikami, ale pamiętam to jak przez mgłę. Kontakt ze mną był logiczny, ale bardzo słaby.
W momencie kiedy leki zaczęły działać ja w końcu położyłam się normalnie i od razu zaczęłam usypiać. Ten wstrząs anafilaktyczny był tak mocny, że nie miałam już na nic siły…

Wtedy już wiedziałam, że winowajcą są krewetki. Od tamtego czasu odstawiłam owoce morza, jadłam je może dwa razy w znikomej ilości.
Bardzo je lubię, ale wystarczyły dwa takie epizody bym nad przyjemność jedzenia nadkładała moje zdrowie i życie.

Dopiero po dwóch latach dowiedziałam się co dokładnie mi dolega – jest to bardzo rzadki klinicznie rodzaj anafilaksji która zależna jest od połączenia alergenu pokarmowego z wysiłkiem.
Choć pierwszy przypadek FDEIA opisano już pod koniec lat siedemdziesiątych (incydent anafilaksji, która wystąpiła po spożyciu małży i następnie po podjęciu intensywnego wysiłku fizycznego), to na tę chwilę wciąż bardzo mało jest badań i artykułów naukowych rozwijających tę tematykę. Na portalu naukowym PubMed po wpisaniu frazy „FDEIA” wyskakują nam zaledwie trzy strony artykułów naukowych.

W badaniach prowadzonych na temat tego schorzenia zauważono, iż sam alergen pokarmowy nie wywołuje objawów chorobowych, tak samo jak sam wysiłek fizyczny. Dlatego też po spożywaniu krewetek nigdy nie zauważyłam nic niepokojącego, i podczas pierwszego wywiadu z ratownikami medycznymi o tym wspomniałam.
Niestety dopiero połączenie alergenu z wysiłkiem wywołuje silny wstrząs anafilaktyczny – z tego powodu diagnozy są często błędne, bo pomijana jest ta zależność.
Dlatego FDEIA powinna być rozpatrywana jako zespół kliniczny alergii pokarmowej, gdzie zależą one od dodatkowego bodźca – wysiłku fizycznego – który przyczynia się do wchłonięcia alergenu z przewodu pokarmowego i szybszego rozprzestrzeniania w organizmie.

Co ciekawe, każdy pacjent z FDEIA ma indywidualny próg intensywności fizycznej który wywołuje anafilaksję. Także czas po spożyciu posiłku jest różny – dla jednych będzie to 30 min po posiłku, dla innych 4 godziny. Niektórzy objawy wstrząsu mają dopiero w trakcie odpoczynku po wysiłku.

Warto też zauważyć, iż w badaniach naukowych wyróżniono kwas acetylosalicylowy (aspiryna) jako czynnik zwiększający wchłanianie jelitowe i przyczyniający się do wystąpienia lub nasilenia objawów FDEIA u chorych.
Połączenie alergenu, wysiłku i aspiryny może mieć więc skutek śmiertelny.

W przypadku tej opisanej przeze mnie anafilaksji najważniejsze to obserwowanie własnego ciała. Nawet jeżeli zwykłe orzechy czy mleko nigdy nie wywołały u was reakcji alergennych, to jednak gdy w trakcie lub po wysiłku odczuwamy świąd, ból podbrzusza i inne nietypowe objawy powinny zwrócić waszą uwagę.

Wszystkim dotkniętym czymś podobnym polecam założenie sobie „dzienniczka eliminacyjnego”. Po każdorazowym wystąpieniu objawów alergii przeanalizujmy naszą dietę wstecz (nawet do 72h).
Niestety, ale tak naprawdę tylko dieta eliminacyjna może być skutecznym leczeniem w przypadku anafilaksji i wszelkich innych alergii pokarmowych.

Ja aktualnie wiem, że owoce morza mogą mnie zabić. Także nabiał nie sprzyja mojemu organizmowi, dlatego po spożyciu mleka, sosów śmietanowych, czekolady mlecznej czy lodów na śmietanie odczuwam bardzo intensywny ból podbrzusza w trakcie treningu, zawsze ok 15-20 minuty wysiłku.

Piśmiennictwo:

1.    „Obraz kliniczny anafilaksji zależnej od posiłku indukowanej wysiłkiem”
Praca poglądowa
A. Wolańczyk-Mędrala, W. Barg, M. Nittner-Marszalska, A. Skotny, E. Siwak, E. Zbrojewicz, W. Mędrala
Katedra i Klinika Chorób Wewnętrznych, Geriatrii i Alergologii
Uniwersytet Medyczny im. Piastów Śląskich we Wrocławiu

lipca 07, 2017

Nocna Botaniczna Piątka

Nocna Botaniczna Piątka


Nigdy nie startowałam w nocnych zawodach. Także starty w środku tygodnia są mi obce... Łącząc te dwa elementy przyszedł czas na Nocną Botaniczną Piątkę.

W środę, 5 lipca, chwilę przed godziną 18 wróciłam do domu z tygodniowego pobytu w Karkonoszach. Czas spędzony w Szklarskiej Porębie był bardzo intensywny, ponieważ połączyłam pracę z małym biegowo-pieszym obozem.
Łącznie przez 5 dni pokonałam około 90 kilometrów, zarówno podczas treningów jak i wycieczek pieszo-biegowych oraz wsparcia na trasie etapowego wyścigu Bike Adventure, gdzie dla kolarskiej ekipy FTI oraz reszty znajomych byłam wsparciem fizjoterapeutycznym. To dodatkowo dało ponad 18 godzin spędzonych w ciągu czterech dni przy mojej kozetce, gdzie rozluźniałam wszelkie strapione mięśnie…
„Zakwasy” nie ominęły więc zarówno nóg, jak i rąk.


O starcie w Botanicznej Piątce dowiedziałam się w sobotni wieczór – pakiet wygrałam w konkursie grupy KGB Grzmot Komorniki co było dla mnie bardzo miłym zaskoczeniemJ
Dlatego też start był okupiony trochę wariackim działaniem – jeszcze o 10:30 byłam w Szklarskiej Porębie, a o 23:00 musiałam dość zmęczona stanąć na starcie w Botaniku… było warto!

Po ponad sześciogodzinnej podróży marzyłam tylko o tym, aby położyć się w łóżku i choć na chwilę zdrzemnąć, niestety nie zmrużyłam oka nawet na sekundę.
W biegu startowałam z drugiej fali (23:00), dlatego szykować zaczęłam się dopiero po dziewiątej.

Na start udałam się rowerem – ośmiokilometrowa przejażdżka pozwoliła troszkę się dotlenić oraz wstępnie rozgrzać.
Plusem było to, iż pakiet startowy można było odbierać do samego końca, nawet pięć minut przed startem.
Po jego odebraniu przyszedł czas na docelową rozgrzewkę – trucht, skipy, kilka szybszych rytmów. Trzeba było uważać i nie przeszkadzać innym biegaczom, ponieważ o 22:00 startowała pierwsza fala.

Godziny nocne pomimo trwającego lata były już całkiem ciemne, a brak oświetlenia w ciągu większości trasy zmuszał do korzystania z czołówek lub ręcznych latarek.
Nigdy nie biegłam z lampką czołową, dlatego miałam nadzieję, że uda mi się pokonać trasę bez świetlnego wsparcia. Niestety już podczas rozgrzewki miałam spore problemy z widocznością, dlatego wspierałam się lampką rowerową trzymaną w ręce.
Okazało się bowiem, że czołówka którą wzięłam na zawody była… rozładowana. Co za niefart :D
Z pomocą przyszła mi Patrycja Wikierska – biegła w pierwszej fali, dlatego na czas mojego biegu pożyczyła mi własną czołówkę – bardzo Ci dziękuję, uratowałaś mój komfort biegu!
Bieg z czołówką był nowym doświadczeniem, na szczęście lampka spisała się na medal, a mi biegło się bardzo wygodnie.

Na Botaniczną Piątkę nie miałam żadnego celu. Ból nóg przywieziony z gór bardzo mi doskwierał, ledwo przecież zakończyłam małe roztrenowanie, a ostatnie szybkie treningi wykonywałam prawie miesiąc temu.
Pięć kilometrów to na szczęście dystans, który można pobiec w miarę szybko bez większej bazy wytrzymałościowej, dlatego postanowiłam, że ruszę spokojnie i będę stopniowo przyspieszać, aż do uzyskania „wysokich obrotów”.

Tak też się stało. Po wystartowaniu biegłam dość żwawo, jednak spokojnie na tyle by kontrolować ze spokojem organizm i tempo. Ból nóg, który czułam jeszcze na rozgrzewce teraz odszedł w zapomnienie co bardzo mnie ucieszyło. Mogłam skupić się na rytmie i oddechu.

Trasa liczyła sobie trzy pętle w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Płaska, z jednym konkretnym zbiegiem oraz dwoma mało wyczuwanymi  i krótkimi podbiegami.
Muszę przyznać, że była znakomicie oznaczona  - oprócz taśm ograniczających inne alejki widoczne były także odblaskowe strzałki i elementy zawieszone na parkowych krzaczkach, jednak dostrzec je można było tylko ze źródłem światła.

Tak jak założyłam, pierwsze trzy kilometry to dość miarowy i spokojny bieg – 4:13, 4:16 oraz 4:16.
Po tym odcinku przyszła kolej na przyspieszenie – czwarty kilometr pokonałam już w ładnym czasie 4:02, a ostatni niepełny kilometr w 3:46.
To pokazało mi, że biegnąc z głową i bez podpalania się na początku dystans można pokonać mocno, lecz w pełnym komforcie.
Rezultat  na mecie cieszył – 20:32 (z średnim tempem 4:11) to czas bardzo przyzwoity jak na miesiąc bez treningu tempowego, z roztrenowaniem i ostatecznym „zajazdem” nóg w górach.


Wbiegając na metę wiedziałam również, że udało mi się wygrać zawody.
Obserwowałam pierwszą falę biegu i zapamiętałam rezultat zwyciężczyni tamtej partii – 21:20, dlatego finiszując i widząc na zegarze 20:XX ucieszyła mi się buzia :D

Medale przepiękne – nawiązujące do kwiatów Ogrodu Botanicznego oraz nocnego klimatu biegu.
Także zwycięski puchar cieszy oczy.




Na mecie na zawodników czekały przepyszne stosy różnorakich drożdżówek – z truskawkami, kruszonką, serem, rabarbarem. Oczy świrowały, a ślinka ciekła!
Dodatkowo w pakiecie otrzymaliśmy pięćdziesięcioprocentowy rabat na pyszne GOKO Sushi. Już nie mogę się doczekać, kiedy wybiorę się tam na kolację J

Teraz czas na sierpniową edycję Botanicznej Piątki, która odbędzie się za dnia. To okazja do podziwiania pięknego otoczenia Ogrodu Botanicznego w Poznaniu.

Zapisy na  Botaniczną Piątkę edycja letnia: http://biegiwlkp.wixsite.com/botaniczna/zapisy

lipca 06, 2017

Półmaraton Karkonoski - zdjęcia

Półmaraton Karkonoski - zdjęcia


W weekend 1-2 lipca w Szklarskiej Porębie odbyła się impreza biegowa Maratonu Karkonoskiego. Oprócz dystansu ultra (50+ km) można było wziąć udział także w górskim półmaratonie.
W niedzielę miałam przyjemność przebywać chwilę na trasie Półmaratonu Karkonoskiego. Oto trochę zdjęć z okolicy 19,5 kilometra - po kliknięciu na zdjęcie można pobrać w oryginalnej rozdzielczości.

* Przepraszam za jakość zdjęć, niestety mój aparat wymiękł przed wyjazdem w góry, a ja robiłam poniższe zdjęcia telefonem.
Mam jednak nadzieję, że ktoś znajdzie się na fotce i będzie miał jakąś pamiątkę :)






































































































































Popularne posty

Copyright © 2017-2018 Bieganie i fizjoterapia , Blogger