Ambasador ALE - Active Life Energy

Ambasador ALE - Active Life Energy
Dla moich czytelników rabat 20% na zakupy w sklepie internetowym alenergy.eu. Żele, batony, odżywki i inne. Kliknij w zdjęcie po więcej informacji

Szukaj na blogu

lutego 26, 2018

Wspomnienie - debiut w biegach ulicznych Luboń 2014



Nigdy nie zapomnę mojego debiutu w biegach ulicznych. Wiele emocji, stresu, niewiadomych i pytań bez odpowiedzi. Jednak cofnijmy się do kilku miesięcy przed samym wydarzeniem.

Początek 2014 roku. Rok wcześniej po blisko 8 latach zakończyłam trenować siatkówkę. Ze sportem związana byłam tak naprawdę od najmłodszych lat. Piłkę siatkową poprzedziły sporty takie jak koszykówka, judo czy żeglarstwo. Od tego momentu jednak spoczęłam na sportowych laurach, nie ruszałam się za wiele, a moja dieta i styl życia wołały o pomstę do nieba. Długo nie było trzeba czekać i tak oto waga zaczęła drastycznie rosnąć. Sama nie wiem kiedy w wieku dwudziestu kilku lat przybrałam prawie 10 kilogramów!
Dodatkowo palenie papierosów sprawiało coraz większe spustoszenie w moim organizmie powoli odbierając mi kondycję budowaną przez kilkanaście sportowych lat.
Zimą wspomnianego roku postanowiliśmy ze znajomymi, że trzeba zmienić nieco nasze dotychczasowe zwyczaje i oprócz grania w karty czy Monopoly dorzucić trochę aktywności fizycznej na świeżym powietrzu. W kilkuosobowym gronie rozpoczęliśmy nieśmiałe próby pokonywania kilometrów, jednak każdy z nas pomimo młodego wieku był lekko mówiąc ociężały i bez wydolności. 2 kilometry, 3 kilometry, 4 kilometry z przerwami na postój czy trucht. Nie było łatwo, a i tak po „treningach” wracaliśmy na drugi dzień do kart, piwka i papierosa.

Wraz z upływem dni nasze spotkania biegowe były coraz to rzadsze oraz mniej liczne, aż wreszcie pozostałam sama na polu bitwy.
Biegałam w mrozie, wietrze, deszczu, śniegu, po ciemku, rano. Żadnych zawrotnych dystansów, żadnej prędkości, ot zwykłe truchtanko w wolnym czasie. Niestety samotność i świadomość tego jak bardzo się zapuściłam zaczęły zniechęcać mnie do dalszej walki. Nie zauważałam też postępów jakie robię, a to mogłoby pozwolić mi kontynuować (nie tak bardzo) syzyfową pracę.
Niestety po kilku tygodniach zaprzestałam biegać – osiadły tryb życia wydał mi się wygodniejszy pomimo coraz większych kompleksów.

W wieku 21 lat ważyłam ponad 70 kilogramów i nie potrafiłam przebiec bez zadyszki dwóch kilometrów. Warto zauważyć, że kilka lat wcześniej, w wieku 15 lat byłam w stanie w niewiele ponad 50 minut przebiec plażą 10 kilometrów, a jakiś czas później reprezentowałam województwo Wielkopolskie w Turnieju Nadziei Olimpijskich. Spędzałam ciągiem ponad 30 dni na obozach przygotowawczych, trenowałam nawet 5 razy w tygodniu nie wliczając w to całoweekendowych wyjazdów na mecze i turnieje.
Młodzieńcze wypalenie sportowe? Być może. Nie jestem jednak w stanie teraz tego obiektywnie ocenić, żałować mogę jedynie że potrafiłam się tak zapuścić.

Sierpień 2014
Wracając do historii pierwszego debiutu. Nadeszło lato, czas wakacyjnych wyjazdów i beztroski. Bieganie i jako taki sport odeszły raczej w niepamięć, nie licząc epizodycznych spotkań by pograć ze znajomymi w siatkówkę. Piwka, papierosy, pizza i ogólne nicnierobienie przyczyniały się do ciągłego pogrążania mnie, mojego ciała, mojej wydolności, kondycji, wyglądu. Ostatni wskaźnik wagi jaki udało mi się zapamiętać oscylował w granicach 73 kilogramów przy 170 centymetrach wzrostu. Istny dramat…
Jednak przeglądając pewnego razu Facebooka gdzieś przez przypadek znalazłam informacje o Lubońskim Biegu Niepodległości. Nie wiem co mną kierowało, ale nie zastanawiając się długo postanowiłam się zapisać. Mieszkam niedaleko Lubonia (około 500 metrów), więc nadarzyła się świetna okazja by zmotywować się do wszczęcia treningów i przygotowania formy by jakoś przeczłapać dziesięć kilometrów.

Lipiec 2014, obóz AWF Poznań, Chycina
Niestety moje założenia na temat motywacji okazały się bardzo mylne… Nie wiedzieć kiedy nagle z sierpnia stał się listopad i nieuchronnie zbliżał się czas ulicznego debiutu. Ja? Wciąż paląca papierosy, wciąż pulchna i bez formy. Bez jakichkolwiek treningów postawiłam wszystko na jedną kartę i 10. listopada pojechałam odebrać „pakiet startowy”.
W biurze zawodów nie miałam pojęcia jaki mam numer startowy, szamotałam się od po hali sportowej w poszukiwaniu list startowych. Okej – 1022! I co teraz?
Przy stoliku przemiła wolontariuszka wręczyła mi torbę. Byłam tak przejęta, że bałam się zajrzeć do środka. Do biegu wciąż pozostawało kilkanaście godzin, a mi już zaczynały trząść się ręce.
Dopiero w domu wysypałam zawartość na łóżko i zaczęłam zastanawiać się do czego służy plastikowy krążek oraz jak przymocować nieszczęsny numer startowy do bluzy.

Miałam pełno wątpliwości. Począwszy od samego montażu czipu, po zestawienie stroju na start.
Pewnie gdybym sumiennie trenowała (chociażby jesienią), miałabym minimalne pojęcie co ubrać na siebie następnego dnia. Niestety doszłam do wniosku że jest jesień, jest relatywnie zimno, dlatego muszę pozakładać na siebie długie i ciepłe ciuchy.
Wtenczas nie posiadałam jeszcze jakiejkolwiek odzieży „termoaktywnej” czy „technicznej”. Jedynie co pozostawało mi do ubrania na siebie to długie, bawełniane legginsy (takie jak do tunik) oraz polarowa bluza z długim rękawem.
Nie miałam też zegarka dedykowanego aktywności fizycznej. Na rękę założyłam zwykły gumowy zegarek za 20 zł z H&M.
Buty co prawda przeznaczone były do biegania, kupiłam je kilka lat wcześniej na promocji w Adidasie i tak przez dłuuugi czas leżały nieużywane.

Rano w dzień startu ubrałam się w zaplanowany zestaw z przyczepionym już numerem i zamontowanym czipem. Niestety nie miałam pojęcia o czymś takim jak depozyt i zamiast sprawdzić możliwość pozostawienia gdzieś rzeczy ja popakowałam wszystko (to jest dowód osobisty, telefon, klucze do domu, chusteczki) do pożyczonej saszetki i z całym bagażem przyszło mi startować.
W koszyku roweru zostawiłam kurtkę licząc, że nikt nie będzie miał ochoty brać jej na wieczne nieoddanie :)

Byłam ogólnie oszołomiona – stresem, liczbą ludzi, świadomością nieprzygotowania. Część się rozgrzewała, część podążała do toalety. Nie wiedziałam co ze sobą robić, gdzie stać, gdzie iść…
Kilka minut przed godziną 11:11 (charakterystyczna godzina startu biegu niepodległości w Luboniu) ustawiłam się wśród innych ludzi. Wypatrzyłam znaczniki stref czasowych i wybrałam się grzecznie na sam koniec. Był to przypadek, bo nie miałam świadomości o czymś takim. Myślę, że tego brakuje wielu debiutantom jak i ludziom częściej startującym – świadomości stref czasowych i ich szczerego przestrzegania.

Mój biegowy strój okazał się strzałem w kolano. Przez chmury przebijało słońce, było bardzo ciepło jak na połowę listopada, a ja w polarze i ocieplanych bawełnianych legginsach zaczynałam się w środku gotować. To jeszcze bardziej obniżyło moją wydolność…
Każdy kilometr pokonywałam coraz wolniej, a na 8. kilometrze (dla biegających w Luboniu znane miejsce długiego podbiegu nieopodal Wzgórza Papieskiego) nie dawałam już rady i skapitulowałam. Przeszłam do marszu i próbowałam wezbrać ostatki sił by dostać się już do mety. Przebiegający obok mnie Pan zapytał czy wszystko w porządku – bardzo miły, a co najważniejsze pomocny gest. Podziękowałam za zainteresowanie i stwierdziłam, że muszę wyglądać koszmarnie i agonalnie J
Na szczęście jakoś przetrwałam niewielką wspinaczkę pod górę i nim się obejrzałam pod nogami rozpościerał się już czerwony dywan lubońskiej mety.
Czas końcowy – 1:02:01. Można by rzec – z nadwagą, bez treningów i paląc – świetny wynik. Jednak wiem jak było to bezmyślne i okraszone wycieńczeniem.

4. Luboński Bieg Niepodległości, Fot. Tomasz Szwajkowski
Za linią mety gdy już trochę odsapnęłam poczułam, że jestem niezmiernie głodna. Co więc uczyniłam? Hop na rower i do domu.
Dopiero w domu uświadomiłam sobie, że na numerze startowym znajdują się dziwne, puste krateczki a obok nich napisy: „posiłek” oraz „rogal” (świętomarciński ze względu na wielkopolskie obchody Świętego Marcina w dniu 11 listopada).
Niestety o posiłkach regeneracyjnych po biegach także nie miałam bladego pojęcia, wszak był to mój kulawy sportowy debiut.
Debiut ten jednak otworzył drzwi by zapisać się na kolejne i kolejne zawody, rozpocząć regularne truchtanie. Dalej już rzuciłam palenie (marzec 2015), schudłam, zaczęłam się lepiej odżywiać. Z tym wszystkim przyszła radość, wytchnienie, forma i coraz to lepsze wyniki…

4. Luboński Bieg Niepodległości był dla mnie konkretną nauką na błędach i nieuwadze. Depozyt? Posiłek? Ubiór? Z niedługim czasem stało się to weekendowym rytuałem w drodze po nowe życiówki i radość z pokonywania własnych barier.

Od 2014 corocznie startuję w Lubońskim Biegu Niepodległości i szczerze polecam ten bieg wszystkim – niesamowita atmosfera, perfekcyjna organizacja i sąsiedzki klimat. Na trasie oklaskuje nas wielu kibiców, w tym także Szkoły Podstawowe oraz Stowarzyszenie „Wspólna Droga” które mają konkurs na najlepszy doping.

Cieszę się, że to ten bieg był moim debiutanckim. Bieg niepodległości? Dla mnie tylko w Luboniu.

2 lata później - 6. Luboński Bieg Niepodległości, czas 42:11 i trzecie miejsce w kategorii wiekowej.

Popularne posty

Copyright © 2017-2018 Bieganie i fizjoterapia , Blogger