Ambasador ALE - Active Life Energy

Ambasador ALE - Active Life Energy
Dla moich czytelników rabat 20% na zakupy w sklepie internetowym alenergy.eu. Żele, batony, odżywki i inne. Kliknij w zdjęcie po więcej informacji

Szukaj na blogu

marca 21, 2018

Ból łydek a zakrzepica

Ból łydek a zakrzepica



Ból łydek, uczucie pieczenia, obrzmienie okolic stawu skokowego czy sztywność. Do tego możliwa duszność. Dla sportowców to często objawy zwykle potreningowe, coś a’la „zakwasy” czy ogólne zmęczenie.
Kiedy jednak dolegliwości stają się chroniczne i nie ustępują po dłuższym odpoczynku, masażu czy wizycie w SPA, warto dokładniej przyjrzeć się co tam w naszych łydkach gra.

A gra wiele – dla serca łydka i stopa to najbardziej odległe okolice, dlatego żyły muszą wykonać swoją pracę ze wzmożoną intensywnością. Nie bez powodu na mięsień trójgłowy łydki mówi się, iż jest swoistą „pompą mięśniową” – pomaga w tych najbardziej dystalnych częściach nóg pompować krew tętnicami i odprowadzać ją żyłami z powrotem do płuc.

Jeśli jednak nasze naczynia krwionośne nie podołają swoim obowiązkom może dojść do choroby zwanej zakrzepicą – ta obejmować może zarówno żyły powierzchowne jak i głębokie (odpowiednio ZŻP i ZŻG).

Źródło: „Zakrzepica żył powierzchownych a zakrzepica żył głębokich” – Z. Krasiński, K. Aniukiewicz, A. Krasińska, B. Krasińska, M. Gabriel

Objawy – na co zwrócić uwagę?

1.      Ból mięśni – szczególnie łydek, choć zakrzepica może dotykać wszystkich okolic ciała, nie należy zatem bagatelizować dziwnego i powtarzającego się bólu w okolicy dołów podkolanowych, pachwin, żeber czy obojczyków.
2.      Uczucie pieczenia, ocieplenie okolic mięśni
3.      Widoczne żylaki
4.      Obrzęk, zastoje limfatyczne, opuchnięte stawy skokowe
5.      Duszność, problemy z oddychaniem – ze względu na możliwy odczepiony już skrzep wędrujący do płuc
6.      Sztywność mięśni połączona z bólem niewiadomego pochodzenia (brak treningu), uczucie ciężkości kończyn
7.      Siny kolor skóry


Jakie są czynniki ryzyka?

Mówi się, że zakrzepica to choroba otyłych. Otóż nie zawsze...

Zakrzepica atakuje „dwubiegunowo” – z jednej strony są to osoby o małej aktywności fizycznej, często z nadwagą, stosujące nadmiernie używki takie jak kawa czy papierosy oraz źle odżywiające się.

Z drugiej strony schorzenie atakuje często sportowców, szczególnie tych wyczynowych. Osoby aktywne fizycznie nie są kojarzone z problemami układu krążenia i może to doprowadzić do bagatelizowania wczesnych objawów. Przykładem może być historia Olimpijki Kamili Skolimowskiej, która skarżyła się na ból łydki i duszność podczas zgrupowania lekkoatletów w Portugalii. Zawodniczce został zalecony masaż, który uruchomił zakrzep znajdujący się w łydce i doprowadził do zatoru tętnicy płucnej powodując zasłabnięcie, a następnie śmierć.

Warto zadać sobie pytanie - dlaczego sportowcy?
Otóż krew wraz z wytrenowaniem zmienia na lepsze swoje parametry. Dochodzi do zwiększenia wskaźnika jakim jest hematokryt - stosunek ilości elementów stałych (morfotycznych) w płynie lub objętości skoagulowanych erytrocytów.
Lepszy hematokryt to lepsza wydolność tlenowa, jednak zbyt gęsta krew może ułatwiać sklejenia w naczyniach krwionośnych.
Do zwiększenia hematokrytu może dojść także na drodze odwodnienia, chorób nerek lub płuc. 

Dodatkowymi determinantami choroby zakrzepowej są między innymi: długie unieruchomienie kończyny (np. gips,  pozycja leżąca w łóżku), terapia hormonalna jak tabletki antykoncepcyjne czy leki przeciw menopauzie, ciąża, stojąca oraz siedząca praca, zaburzenia krzepliwości krwi, nowotwory, duże zabiegi operacyjne.


Przebieg

Niewydolność żył powoduje, że krew krąży coraz wolniej, a następnie zaczyna zalegać. Powstawać mogą wtedy żylaki oraz stany zapalne w okolicach nabłonka naczyń krwionośnych. W miejscach tych dochodzi do koagulacji krwinek, czyli zlepiania się erytrocytów i powstawania coraz to większych skrzeplin i zakrzepów – płynnych „strupów” krwi. Te jeszcze bardziej utrudniają odpływ krwi do płuc miejscowo powodując ból i pieczenie, a odrywając się mogą doprowadzić do zawału płucnego i śmierci.


Co może przypominać zakrzepicę?

Przewlekła niewydolność żylna, zespół pozakrzepowy, infekcje, obrzęk limfatyczny, urazy, krwiaki, zmiany zwyrodnieniowe lub torbiel Bakera.


Diagnostyka i leczenie zakrzepicy żylnej

Jedynymi rzetelnymi badaniami w celu zdiagnozowania problemu jest USG Dopplerowskie, ewentualnie flebografia kontrastowa, jednak ta druga jest rzadko stosowana. Do naczyń wprowadza się barwnik, a następnie obrazowo ocenia przepływ krwi przez tętnice i żyły wyłapując wszelkie przewężenia czy zamknięcia dróg krwionośnych.
Możemy od lekarza rodzinnego otrzymać skierowanie na te specjalistyczne badanie lub wybrać się prywatnie do angiologa.

Leczenie zależne jest od stadium choroby. Może polegać na przyjmowaniu heparyny lub na inwazyjnym zabiegu trombolizy.
Po konsultacji z lekarzem można przyjmować także aspirynę w celu rozrzedzenia krwi.

Grunt to uważna obserwacja ciała, niebagatelizowanie objawów i regularne wykonywanie badań profilaktycznych.

Literatura:
1.      „Zakrzepica żył powierzchownych a zakrzepica żył głębokich” – Z. Krasiński, K. Aniukiewicz, A. Krasińska, B. Krasińska, M. Gabriel
2.      „Czy u pacjentów z ostrą zakrzepicą żył głębokich wskazane jest ograniczenie aktywności?” – R. Saab, J.J. Stevermer, S. Meadows
3.      „Przewlekłe zakrzepowo-zatorowe nadciśnienie płucne: jak daleko jesteśmy od poznania do etiopatogenezy?” – M. Cisowska, J. Lewczuk
4.      „Żylna choroba zakrzepowo-zatorowa w praktyce lekarza rodzinnego” – P. Gutnecht, G. Łuszczyńska-Nitka, J. Siebert
5.      „Zakrzepica żył głębokich kończyn dolnych u pacjentów po pomostowaniu udowo-podkolanowym z powodu przewlekłego niedokrwienia kończyn” – T. Urbanek, M. Kucharzewski, D. Ziaja, G. Biolik, K. Kubicki, M. Rybicka
6.      „Zastosowanie ultrasonografii dopplerowskiej z metodą kodowania kolorem w ocenie dynamiki zmian zakrzepowych u chorych z zakrzepicą żył głębokich kończyn dolnych” – G. Madycki, P. Słowiński, Z. Kwietniak, W. Staszkiewicz

marca 19, 2018

Zielonka Cross Duathlon 2018

Zielonka Cross Duathlon 2018
Fot. Tomasz Szwajkowski



Ściganie w 2018 roku rozpoczęłam zupełnie inaczej niż zwykle. Nie był to ani bieg przełajowy, ani uliczny jak chociażby tradycyjnie Maniacka Dziesiątka (którą nota bene już nią nie jest, ale nie o tym mój dzisiejszy post).
Po udanym zeszłorocznym debiucie w duathlonie postanowiłam, iż wplotę więcej takich zawodów do mojego kalendarza startów. Z wielką radością dowiedziałam się o powstaniu DUO Cyklu w Wielkopolsce, który obejmować będzie trzy crossowe imprezy łączące biegi i kolarstwo.

Ze względu na długi czas pauzy od treningów i startów (około dwa miesiące) nie za bardzo poczuwałam się do zapisywania na jakiekolwiek zawody w lutym czy marcu. Bieganie, siłownię i rower wdrożyłam do swojego życia z powrotem dopiero w połowie lutego, jednak silna chęć zaliczenia całego cyklu duathlonowego spowodowała, że tych zawodów nie mogłam sobie odmówić.
Gdyby nie ten cykl, powrót do założenia numeru startowego na pierś miałby miejsce pewnie w okolicach maja lub czerwca.

Będąc w treningu dopiero przez miesiąc i 10 dni nie zdążyłam zrobić tak naprawdę nic – ani bazy tlenowej, ani wytrzymałości. Nie wspomnę tu nawet o jakichkolwiek treningach jakościowych typu podbiegi, interwały czy kilometrówki, bo po prostu nic z tych rzeczy nie miało miejsca.
Przez ten czas wykonałam kilkanaście lekkich treningów biegowych – czytaj klepanie kilometrów po 5-8-10-12 kilometrów, odbyłam kilka wizyt na siłowni gdzie raczej skupiłam się na indoor’owej jeździe na rowerze oraz wzmacnianiu pleców oraz rąk (to stało się moją słabą stroną odkąd zaczęłam biegać) oraz zaliczyłam sporadyczne wyjścia na rower do lasu.

Tutaj przy okazji roweru zwrócę uwagę na fakt, iż nauczyłam się w końcu jeździć w butach SPD, a moja pierwsza jazda wyniosła fajne 40 kilometrów po Wielkopolskim Parku Narodowym. Co najśmieszniejsze, buty kradnę mojemu chłopakowi bo na swoje ciągle oczekuję.
Długo wahałam się, czy podczas duathlonu zmieniać buty z biegowych na SPD, czy jednak, tak jak ostatnio, postawić na zwykłe platformy przy rowerze. Zamówione buty nie dotarły jednak na czas więc bez dodatkowych zagwozdek byłam zmuszona całą trasę pokonać w biegowych laczkach.




Na treningach rowerowych towarzyszył mi aluminiowy Accent Peak 29. Fajny, jednak nie do końca czuję się komfortowo z jego geometrią, wydaje mi się że ręce mam wyciągnięte do przodu w granicach możliwości a do tego prawie leżę na kierownicy. Odziedziczony po chłopaku, więc narzekać nie mogę :)
Szykowałam się na nim do startu, jednak dzień przed zawodami dowiedziałam się, że w Zielonce będę mogła ścigać się na zeszłorocznej perełce która niosła mnie do zwycięstwa. Bardzo mnie to ucieszyło i podbudowało, tym bardziej że wiedziałam jak dobrze czuję się na tym rowerze. Dzięki strefarowery.pl dosiadłam lekkiego Superiora Team XF 29 Issue Di2 z elektryczną zmianą biegów. Przykręcenie do niego platform było kolarską herezją, jednak brak butów SPD to siła wyższa :)

Przechodząc do sedna, czyli dnia startu.
Pobudka o 7:30, następnie kawa i śniadanie. Na talerzu bułka i trzy jajka na miękko, jednak zapomniałam już jak to jest odczuwać stres przedstartowy, wszak nie brałam udziału w zawodach od czterech miesięcy. Nie mogłam nic przełknąć, mdliło mnie i z ledwością zjadłam jedno jajko i pół bułki. Drugą połówkę pieczywa zabrałam ze sobą do samochodu i zjadłam na siłę popijając wodą.
Przed wyjściem z domu szybki przegląd sprzętu: kask, buffy, rękawiczki, okulary, rower, imbusy i klucze, ciuchy, buty, zegarek, bidon, banany, termos z ciepłą wodą (by napełnić bidon na miejscu), żele, izotonik i tak dalej. Nie ukrywam, ale takie pakowanie zaczyna mnie trochę przerastać, dlatego szczerze podziwiam triathlonistów! Na pewno przy TRI można nauczyć się organizacji czasu, ale także organizacji zapakunku i ogólnej logistyki J
Będąc już w drodze wpakowałam w siebie jeszcze wafelek orzechowy, a pół godziny przed startem banana.
Trasa z Poznania minęła wyjątkowo szybko, nim się obejrzeliśmy już byliśmy w okolicach Murowanej Gośliny. Tam wypakowanie i ostatecznie ogarnięcie roweru, odebranie pakietu startowego, przyczepienie numerów do kierownicy i bluzy.

Przy panujących mrozach nie wiedziałam jak się ubrać. Bałam się, że w połączeniu z wiatrem który dawał się we znaki na etapie rowerowym po prostu zamarznę. Do dziś pamiętam jak na poprzedniej edycji zamarzły mi stopy i przy drugim bieganiu nie mogłam normalnie postawić nóg, nie wspominając o biegu.
Ostatecznie założyłam długie legginsy biegowe, na to krótkie spodenki kolarskie, dłuższe skarpetki zimowe, a na górę top, koszulkę i ciepłą bluzę z długim rękawem. Na szyi wylądował buff a na głowie moja zimowa ocieplana opaska do biegania. Obowiązkowo miałam także rękawiczki, ponieważ mróz odmrażał mi palce przy każdej możliwej okazji.

Do kosza w strefie zmian wrzuciłam kask, okulary i dodatkowo cienkiego zimowego softshell’a z którego ostatecznie nie skorzystałam.
Oddając rower do strefy wyciągnęłam z niego bidon i poprosiłam mojego partnera, by w trakcie pierwszego etapu biegowego napełnił go wodą z termosu i wymieszał z izotonikiem. Zostawiając przy rowerze bidon z napojem doszłoby do tego, że chcąc się napić po wejściu na rower na pewno zastałabym tam lód lub przynajmniej płyn w temperaturze bliskiej zeru stopni Celsjusza.

Pierwsze bieganie chciałam potraktować tak jak w zeszłym roku, czyli „rozgrzewkowo”. Nie spodziewałam się fajerwerków w tej dziedzinie i po cichu liczyłam, że swoje biegowe braki nadrobię na rowerze.
Po wystrzale startera wydawało mi się, że lecę swoje i nie porwałam się za tłumem. Po kilkuset metrach patrzę na zegarek: 3:50/km. Przeraziłam się i momentalnie zwolniłam, jeszcze chwila w tym tempie i mogłoby się to skończyć bardzo źle, a nie chciałam się spalić na starcie. Po dwóch, trzech kontrolach zegarka ustabilizowałam się na tempie około 4:30-4:40 i tak przemierzałam już w małym gronie okolice pięknej Puszczy Zielonki. Podświadomie miałam cały czas z tyłu głowy lampkę, że mogę nie wytrzymać tych prędkości, ale o dziwo wysiłek był komfortowy a ja mogłam normalnie rozmawiać. Do tego stopnia się rozgadałam, że przy bufecie na około 4 kilometrze udzieliłam mikro wywiadu panom robiącym materiał wideo :)


Fot. Tomasz Szwajkowski
Bieganie pierwszego etapu pokonałam tylko o 3 sekundy gorzej niż rok wcześniej. Duże pozytywne zaskoczenie i nienaruszone jak dotąd pokłady energii.
Równiutkie 5 kilometrów w 23:02.
Następnie pierwsza zmiana, założenie kasku i wyprowadzenie roweru. Ostatecznie nie wzięłam z kosza kurtki i trochę bałam się że mnie zawieje, na szczęście las ochronił nas od podmuchów wiatru i utraty ciepła.
W strefie spędziłam łącznie 58 sekund.
Na linii zmiany trochę się zakręciłam – chciałam już wsiadać na rower, ale nie zapięłam jeszcze kasku, do tego musiałam odebrać bidon od stojącego obok chłopaka. Trzy rzeczy na raz a przez dobre kilka sekund stałam zawieszona i słyszałam tylko spikera „Mario – tylko nie zapomnij zapiąć kasku” :D Na szczęście szybko się ocuciłam i już zaczynałam śmigać na czarnej strzale w pogoni za facetami jadącymi przede mną.
Wlanie wrzątku do bidonu było strzałem w dziesiątkę. Pijąc izotonik chwilę po rozpoczęciu jazdy napój był ciepły, taki „akurat”. Po kilkunastu minutach wytracił swoją temperaturę, a chwilę przed zejściem z roweru nie nadawał się już za bardzo do picia.
Podczas korzystania z bidonu pilnowałam się by nie wychłeptać za dużo. Ostatnim razem wykończyłam całą pojemność 500ml a po powrocie na ścieżkę biegową wszystko chlupało mi w żołądku. Wypiłam wtedy zbyt wiele jak na panujące warunki i małą utratę potu. Tym razem wypiłam około 250ml i było to w sam raz.
Na trasę wzięłam ze sobą jabłkowy izotonik od ALE oraz jeden żel o smaku coli z kofeiną, także ALE.
Ten zestaw był idealny na półtora godzinny wysiłek.

W zeszłym roku rower był moim konikiem podczas duathlonu. Niestety tym razem było odwrotnie. Nie czułam w ogóle „pary” w nogach, kręciłam trochę od niechcenia. Pierwsze okrążenie pojechałam trochę wycieczkowo, dopiero na drugim dobrałam się do dwóch panów i tak w trójkę nawet fajnie współpracowaliśmy, jechało się szybciej i bardziej komfortowo.
Czas trasy rowerowej poprawiony z 49:03 na 44:38. Dużo w tym względzie zrobiły warunki jakie mieliśmy – twarda, przymrożona trasa zamiast październikowego błota i kałuż.

Zrzucenie balastu i odłożenie maszyny na kolejnej strefie zmian trwało zaledwie 32 sekundy. To także o 7 sekund lepiej w porównaniu z zeszłym rokiem.

Po pierwszych krokach biegowych poczułam ból w okolicy stawów skokowych – nogi w tych miejscach były zastane i przymrożone, dlatego chwilę trwało zanim z powrotem uruchomiłam je do biegowej gry.
Ostatnie 3,1 kilometra dreptania zeszło mi bardzo szybko i co najważniejsze komfortowo. Zeszłoroczne zawody najgorzej wspominam właśnie w tym momencie, kiedy musiałam biec po zejściu z roweru. Tym razem było inaczej i pomimo uczucia „stania w miejscu” zegarek wskazywał 4:30-4:45/km nie licząc momentu pięknego leśnego podbiegu J
Tutaj odcinek zakończyłam w 15:12, niestety aż 14 sekund gorzej niż w zeszłym roku. Jednak na szybsze i efektywniejsze bieganie przyjdzie jeszcze czas…

Łączny czas tegorocznego duathlonu to 1:24:22. Poprawiłam tym samym ubiegłoroczny wynik o 4 minuty i 17 sekund. Całą tę poprawę zaliczyłam dzięki etapowi rowerowemu, ponieważ nadgonienie czasu w strefach i tak straciłam na bieganiu.


Garmin Connect
Co mogę jeszcze powiedzieć o tegorocznych zawodach? Na pewno zabrakło mi adrenaliny, chęci do walki i rywalizacji. Niestety znajduję się chyba jeszcze w jakimś startowym zimowym śnie i nie za bardzo mam werwę do ścigania.

Ostatecznie obroniłam zeszłoroczne zwycięstwo i tym samym wygraną Zielonce rozpoczynam cykl DuoCykl Wielkopolska. Następne zawody duathlonowe odbędą się za miesiąc (22.04.2018) w Skokach.

Chcesz poczytać o debiucie w duathlonie? Zapraszam: http://www.fizjo-w-biegu.pl/2017/10/debiut-na-medal-relacja-z-zielonka.html



Fot. Tomasz Szwajkowski

Popularne posty

Copyright © 2017-2018 Bieganie i fizjoterapia , Blogger